Monika Olejnik postanowiła podzielić się ze swoimi wiernymi czytelnikami, do których od pewnego czasu należę, apokaliptyczną wizją najbliższych dziejów Polski. Dziennikarka zdaje się być przestraszona grożącą nam rewolucją. Trudno powiedzieć, co wprowadziło ją w ten nastrój. Może zobaczyła jakiś film o szturmie Bastylii, może zbliżająca się rocznica Powstania Warszawskiego wprowadziła ją w stan, z którym nie może sobie spokojnie poradzić.
 
Pierwszy raz czytając jej tekst podejrzewałam, że pani Olejnik postanowiła wypróbować swoich sił w satyrze, lub przez przypadek wysłała „Gazecie Wyborczej” zapis ostatniego koszmaru, który jej się przyśnił. Jednak po dokładniejszej lekturze doszłam do wniosku, że ostatni urodzaj na teorie spiskowe skłonił ją do stworzenia i lansowania własnej.
 
Problem polega na tym, że przedobrzyła z mnogością wątków. Niektóre są zabawne:
 
Dziwne rzeczy na sumieniu miał Lech Kaczyński, który niestety, podporządkowany był polityce swojego brata, czyli polityce Prawa i Sprawiedliwości. Pamiętam, jak kiedyś, gdy lecieliśmy do Brukseli, powiedział mi, że nie może podpisać traktatu lizbońskiego, bo co na to by powiedział Rydzyk.
 
Szkoda, że Monika Olejnik dopiero po śmierci Lecha Kaczyńskiego zdradza sensacyjne szczegóły  jej  poufnych rozmów z prezydentem. Czapka z głowy! Nie przypuszczałam nigdy, że dostąpi ona takiego zaufania i zostanie wtajemniczona w sprawy wagi państwowej. Mam nadzieję, że posiada ona znacznie większą wiedzę o wpływie ojca Rydzyka na politykę zagraniczną Polski i w następnym odcinku jej „ruskich” zwierzeń zechce się nimi z nami podzielić.
 
Wywody pani Olejnik są jednak z każdym akapitem ciekawsze:
 
Jarosław Kaczyński chce podburzyć lud i doprowadzić do rewolucji. Być może chce wypowiedzieć posłuszeństwo obywatelskie. Śledztwo się nie zakończyło, a on wie, kto jest winien. Jego agresja narasta. Na pewno powinni ponieść konsekwencje ci, którzy zorganizowali podróż. Ci, którzy są politycznie odpowiedzialni za to, że w samolocie była cała generalicja pod wodzą zwierzchnika sił zbrojnych. Także Bogdan Klich. Planował lecieć, ale miał szczęście, bo zachorowała mu mama.

Trochę szkoda, że dziennikarka nie rozwinęła tej historii. W wątku grożącego nam przewrotu pałacowego dowiadujemy się jedynie:
 
A gdzie się zacznie rewolucja Kaczyńskiego? Chyba pod Pałacem Prezydenckim w obronie krzyża.

Czy James Bond nie jest przypadkiem kobietą mieszkającą nad Wisłą? Podziwiam zdolności analityczne pani Olejnik i dlatego domagam się od polskiego rządu uwzględnienia jej kandydatury na obsadzenie jakiegoś stosownego stołka w odpowiednich służbach. Co prawda WSI niestety zostały rozwiązane, ale coś dla osoby o takim talencie musi się znaleźć.
 
Dzięki Monice Olejnik jak na dłoni widać powiązania między Jarosławem Kaczyńskim a Bogdanem Klichem. Obaj nie wsiedli do samolotu, bo mieli chore matki. Jeden przygotowuje już rewolucję i narasta w nim agresja. Pora prześwietlić poczynania tego drugiego.
 
Zaś prawdziwą perełkę kryje w sobie ten akapit tekstu:
 
Jarosław Kaczyński nie ma zaufania do nikogo. Docierają do niego dziwne plotki, tak mówi dziennikarzom. Takie plotki docierają również do Janusza Palikota, który dowiedział się, że Lech Kaczyński w przeddzień katastrofy bardzo długo odbywał naradę w oparach alkoholu. I dlatego też Palikot domagał się ujawnienia informacji, czy prezydent Polski miał we krwi alkohol. Prokuratura rosyjska powiedziała, że nie. To Ruscy kłamią, czy nie? Można mieć do nich zaufanie?

 
Nareszcie pojawia się postać Palikota, który okazuje się być w oczach pani Olejnik ostatnim Mohikaniem polskiego patriotyzmu. Jego zasługą jest, że udowodniono w końcu poważne uchybienia rosyjskiego śledztwa. Jak wiemy specjalista od Gorzkiej Żołądkowej ma nos do alkoholu, tak bezbłędny jak u świni specjalizującej się w węszeniu trufli, i jeżeli jego transcendentalny alkoholomierz zareagował i zarejestrował jakieś opary, to powinno się niezwłocznie przesłuchać osobę, która pobierała próbkę krwi z ciała ś. p. Lecha Kaczyńskiego –  istnieje wszak prawdopodobieństwo, że doszło do pomyłki w laboratorium i nazwiskiem polskiego prezydenta opatrzono omyłkowo fiolkę z krwią rosyjskiego kontrolera lotu, o którym wiadomo bez śledztwa, że musiał być trzeźwy.
 
 
Ciąg dalszy nastąpi…