Jeden z moich ulubionych blogerów - przewodzący bezkonkurencyjnie grupie autorów potrafiących dochodzić do naprawdę odlotowych konkluzji, nie zawiódł mnie dzisiaj.
 
Rybitzky – bo o nim właśnie jest mowa, przeczytawszy w „Gazecie Wrocławskiej“ o zatrzymanym pod Oławą, zdezorientowanym emerycie spod Lipska, począł wymieniać wszystkie chyba znane mu nazwy niemieckich firm, czy sieci sklepów z okolic Wrocławia, by zasugerować swoim czytelnikom, iż doprawdy nie jest obecnie sztuką nie zorientować się w momencie, gdy opuściło się granice jednego kraju i podąża parę setek kilometrów autostradą innego – pod warunkiem, że kierowca jest Niemcem, a ziemie, które przemierza leżą na południowym zachodzie Polski.
 
Lektura nie tylko piszących na tym portalu autorów już wielokrotnie skłaniała mnie do refleksji nad tym, czy przypadkiem cześć zamieszkałych na Śląsku potomków kresowiaków nie cierpi na przekazywany i nasilający się z generacji na generację wstręt do wszystkiego, co niemieckie - począwszy od języka, a skończywszy na pewnej rasie psów.
 
Nie zamierzam szukać genezy tego zjawiska, bo uważam to za zadanie godne Monty Pythona.
 
Postanowiłam jedynie spisać parę prostych propozycji, których realizacja na pewno uczyniłaby łatwiejszym życie "Rybitzkim" tego świata.
 
1. Należy zburzyć wszystko, co zostało zbudowane na przez Niemców na tzw. Ziemiach Odzyskanych. W wypadku, gdy na nieszczęście budynek jest zabytkowy – szukać jego polskich korzeni, choćby miały one leżeć głęboko poza fundamentami piwnicy.
 
A nuż okaże się, że jest on dziełem rodzimych pracowników budowlanych wyzyskiwanych już przez Prusaków, lub architekt był z porządnego, choć nieprawego łoża, jako że udokumentowane w archiwach plotki mówią, że piękny słowiański profil zawdzięcza swemu nieznanemu z nazwiska rodzicowi.
 
2. W miejsce wyburzonych zabudowań należy postawić tablice upamiętniające winy narodu niemieckiego, które nigdy nie powinny zostać wybaczone. Nie warto ograniczać się tylko do II WŚ, liczy się kreatywność, gdyż grzechem jest nie oddanie czci nawet prostej Ślaskiej pomocy kuchennej, która cierpiała przez humory i sadyzm niemieckiego chama, skoro takich kobiet mogło być nawet tysiące. Analogicznie sprawa się ma z praczkami, sprzątaczkami i całym ludem pracującym, o którym zapomniała nawet komuna. Niech każde miasto i wieś odzyskana zbuduje  im pomniki.
 
3. Należy upamiętnić wszystkich, którzy walczyli aktywnie z germanizacją, nie zapominając nawet o anonimowym wagarowiczu preferującym popołudnie z Zosią w stodole, zamiast w ławce przed prusko brzmiącym belfrem. Niech na ziemi ich wnuków będzie tyle poświęconych im miejsc pamięci, co kościołów i Orlików razem wziętych.
 
4. Jeżeli gdzieś przed wojną był sklep, kino, czy inny lokal ozdobiony neonem głoszącym coś w języku niemieckim należy zabronić ustawowo w promieniu do 10 metrów od tego miejsca wszelkiego rodzaju barwnego oświetlenia. Jedyny wyjątek stanowi iluminacja tablic, mauzoleów i monumentów wspomnianych w punktach 2. i 3.
 
5. Zabronić używania języka niemieckiego na obszarze należącym przed II WŚ do Rzeszy. W przypadku nie stosujących się do zakazu krnąbrnych turystów za Odry poinstruować policję, służby zdrowia, czy obsługę restauracji by reagowały jedynie na język angielski, francuski, lub hiszpański. Dla wyjątkowo upartych Saksończyków, Bawarczyków itp. prosić o przybycie tłumaczy np: potrafiących przełożyć ich próby dogadania się z niemieckiego na japoński, a dopiero później z japońskiego na polski – nigdy nie bezpośrednio. Trzeba konsekwentnie komunikować, że dźwięk mowy Goethego powoduję u niektórych Polaków zarazę uszu.
 
6. Na widok € wzywać policję i twierdzić, że jakiś oszust znowu chce płacić pieniędzmi wyprodukowanymi na potrzeby gier typu Monopoli.
 
7. Zamalować, pozmieniać czyli trwale wymazać wszystkie niemiecko brzmiące nazwy ulic. Nawet w wypadku, gdy chodzi o upamiętnienie jednostek nie umoczonych w zbrodnie reżimu nazistowskiego. Skąd przeciętny Polak ma wiedzieć, że jakiś Niemiec udziela jedynie symbolicznie swego nazwiska by stało na straży wyjątku potwierdzającego ogólnie znaną regułę – “Niemiec z natury jest zły”?
 
Szczególnie, jeżeli chodzi o osobników żyjących powiedzmy w XIV wieku, nie możemy jednoznacznie wykluczyć, że nie posiadają oni potomków, którzy strzelali w czasie II WŚ do Polaków, lub zapisali się trochę później do Antify.
 
8. Walczyć o unijną dyrektywę zabraniająca używanie na terenie rozciągającym się od Atlantyku do Uralu niemieckich odpowiedników nazw polskich miast, rzek, gór czy wąwozów.
 
9. Ogłosić, że w przypadku mniejszości niemieckiej zamieszkującej obszar Polski mamy do czynienia z grupą etniczną posługująca się suahili. Stosować to, gdy owa mniejszość wyrazi ochotę posiadania dwujęzycznych nazw miejscowości. 
 
10. W wypadku odkrycia na jakimś cmentarzu szczątków po czyimś dziadku z Wehrmachtu – wykopać go razem z nagrobkiem i wysłać w podróż do Reichu.