Burzliwa dyskusja nad temat roli golizny w sztuce polskiej w XXI wieku nastroiła mnie melancholijnie. Świętej pamięci profesor archeologii, na którego wykłady kiedyś chodziłam, a któremu zawdzięczam opanowanie sztuki odróżniania na czerwonofigurowych wazach muła od konia, jedynie po długości penisa, twierdził, że solidna analiza rzeźby greckiej zawsze powinna zawierać opis pupy, gdyż ta zdradza często prawdziwą wartość dzieła i sporo mówi o talencie i umiejętnościach jego autora.


Nagła śmierć owego genialnego, ale preferującego zanadto uciechy życia doczesnego nad produkcję dorobku naukowego człowieka spowodowała, że poczułam na własnej skórze, jak szybko piękno może przeminąć.
Następca wspomnianego profesora okazał się być mistrzem w porównywaniu zmarszczek na twarzach filozofów, pasjonatem liczenia loków powiewających na wyłysiałych czołach, oraz wybitnym specjalistą w analizowaniu wyklutych w marmurze fałd wszelkiego rodzaju.


Do jego niewątpliwych dokonań należało porozstawianie w gablotach ceramiki tak, żeby sceny erotyczne pooglądać mogły sobie co najwyżej i tak już gołe ściany. Nastała posucha i czas urodzaju na dzięcioły, ślęczące godzinami nad obrazkami rzymski kopii i prześcigające się w szlifowaniu oka , które miało służyć do wychwytywania niuansów pozwalających rozpoznać rękę artysty żyjącego za Trajana od jego następców. Niezależnie od tego ile wypijali dziennie wina.


Pachniało już prawdziwą intelektualną Sodomą i Gomorą, gdyż szereg nowych specjalistów był przekonany, że przy pomocy “analizy fałd” da się wykastrować artystów z całego indywidualizmu i uczynić ich niewolnikami tendencji własnej epoki, gdy cała ta nieskazitelna moralnie metoda przetrzepywania wzrokiem odzieży bez zaglądania pod nią, się trochę pomięła.


Byłam świadkiem naocznym tego zdarzenia. Ku mojemu zmartwieniu zamknięto owego dnia ulubioną kafeję, pogoda była nędzna, więc nie pozostało mi nic innego jak udać się na ćwiczenia i przekonać się jaki poziom ekscesów osiągnęli “pofałdowani”.


Rytuał nakazywał zaciemnienie pomieszczenia i skupienie się na porównywaniu rzuconych na ścianę obrazów dwóch kopii tego samego oryginału. Następnie odbywało się datowanie połączone z dysputą na temat, które z dzieł jest starsze i dlaczego. Dla niewtajemniczonego słuchacza było to karą za grzechy jeszcze niepopełnione. Każdy z przyszłych epigonów chciał choć przez chwilę błysnąć elokwencją i takimi tam. Być pierwszym, który wydrze twarzy mistrza uśmiech uznania.


Przy kolejnej parze przezroczy głos zabrał sam guru, wyjątkowo niezadowolony z wyników dotychczasowych analiz. Śmiało i jednoznacznie wydał wyrok, że pan po lewej jest 30 lat starszy od pana po prawej. Dłuto jednego z artystów prowadzone było ekspresyjnie, bez nadmiernej miłości do szczegółów, drugiego wyróżniała finezja. Słowom mistrza towarzyszyła wyjątkowa cisza, która z czasem stała się podejrzanie grobowa. Było tak do momentu aż w pierwszym rzędzie ktoś nagle wciągnął głośno powietrze i wypalił – “Panie profesorze, coś jest nie tak – obie kopie noszą ten sam podpis, one chyba przedstawiają jedno i to samo.”


Błyskawicznie na nogi zerwał się asystent, który zbeształ heretyka i orzekł, że jakiś matoł źle podpisał przeźrocza. Po czym pomknął po książki by ratować reputacje mistrza.


Niebywałe okazało się prawdziwe.


Błąd w interpretacji profesor wytłumaczył jakością obrazu, powoływał się na fakty, że kopia po lewej była przed restauracją, po prawej zaś po. Jedno ze zdjęć zrobione w fatalnym oświetleniu. Dziwne tylko, że jakość przeźroczy i warunki w trakcie fotografowania nie odgrywały do tej pory tak wielkiej roli.


Pointy nie będzie. Jak już pisałam - ostatnia debata o goliźnie nastroiła mnie melancholijnie i zmęczyła. Co do sławetnych tyłków z pracy Katarzyny Kozyry, którymi uraczyła nas pani Bochwic, na pierwszy, drugi i trzeci rzut oka nie ujęły mnie, są takie bez serca i ducha niczym osoba zwana Doda. Może pora na współprace obu pań.